Turum, turum, jeden z pomysłów, jaki dopadł mnie ostatnimi czasy~! Mam
nadzieję, że się spodoba. Osobiście, pisałam to, a z głośników słychać
było Placebo - Running Up That Hill. Nieprzerwanie. Męczyłam ten utwór,
pisząc to. I w sumie... całkiem fajnie się to czyta, słuchając tejże
piosenki :3
Piątkowy wieczór. Idealny wieczór na zrobienie wielu rzeczy.
Ktoś spaceruje w parku, ktoś biega z kochanym czworonogiem u nogi. Ktoś się
rozstaje, ktoś do siebie wraca. Ktoś zdrowieje, ktoś choruje. Ktoś się kłóci,
ktoś się godzi. Gdzieś słychać klubową muzykę, gdzieś panuje gęsta i niczym
niezmącona cisza. Gdzieś świecą neonowe światła, gdzieś tylko księżyc daje
oświetlenie. Ktoś imprezuje w najlepsze, ktoś cierpi. Ktoś bierze narkotyki z
własnej, nieprzymuszonej woli, inna osoba została do tego sprowokowana i
zmuszona. Ktoś jest obojętny na los innych ludzi, ktoś przejmuje się innymi
bardziej, niż sobą. Ktoś dostaje szansę na nowe życie, ktoś tę szansę traci.
Ktoś się rodzi… ktoś umiera.
Ale jedno jest pewne. Każdego dnia, każdego wieczora… coś
się zaczyna. Czy to złe, czy to dobre. Czy neutralne. Każdy moment jest
początkiem czegoś nowego. Niekoniecznie dobrego, ale niekoniecznie złego.
Jednak ta myśl nie wystarczała, żeby go pocieszyć. Skończył
właśnie rozmowę przez telefon. Chwilę stał sparaliżowany, jednak w oka mgnieniu
wybiegł z pokoju i, wsunąwszy jedynie buty, wybiegł na deszcz. Biegł przed
siebie. Większość ludzi powiedziałaby, że parł do przodu bez celu, w
nieokreślone miejsce. Jednak on dokładnie wiedział, gdzie biegnie. Kierował się
w miejsce, o którym chwilę temu rozmawiał przez telefon. W miejsce tragedii.
Natura nie miała najmniejszego zamiaru pomóc mu w dotarciu na miejsce. Zimny, ulewny deszcz nieprzerwanie lał się z nieba. Nie chciał przerwy. Zalewał ulice, wpadał mu do oczu. Moczył chodniki, odstraszał. Samochody zwalniały, bojąc się wpadnięcia w poślizg.
Jednak fakt, że całe miasto zalewane było przez ulewny deszcz, nie zmienił za bardzo rutyny mieszkańców. Ludzie dalej wracali z pracy, robili sobie jedzenie, zasiadali przez telewizorem i oglądali film… nie bali się, mimo, że burza też nadciągała. Mimo, że w oddali, czarne chmury przecinane były przez białe błyskawice. Nie bali się tego. Nie chcieli zmienić swojej rutyny.
Ten blondyn też nie zmienił swojej rutyny. Jak co wieczór, sprawdzał właśnie, kiedy ma kolejną wycieczkę. Teraz jego terminarz leżał otwarty na kuchennym stole, lampka dalej się paliła, szum deszczu docierał do mieszkania przez uchylone okno… ale jego tam nie było. On biegł teraz chodnikiem, a ciemność rozrzedzały niebieskie i czerwone światła służb medycznych i policyjnych. Był blisko. Coś ścisnęło mu żołądek. Stres? Strach?
Przystanął dopiero przy zmasakrowanym samochodzie. Praktycznie nie było przodu. Cała maska i wszystko, co było pod nią wyglądało jak złożone w wąską, gładką harmonijkę. Funkcjonariusze służb medycznych kręciły się właśnie przy wraku. Chłopak próbował ustabilizować oddech. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w szaleńczym rytmie. Szeroko otwartymi oczami obserwował to wszystko, co działo się wokół. Oczami, które z każdym momentem stawały się coraz bardziej puste. W końcu, spojrzeniem totalnie pozbawionym wyrazu, dostrzegł nosze. Zakryte białym materiałem. Pasemko ognistorudych włosów wystawało spod płachty. Poznałby je wszędzie…
Padł na kolana. Zaczął płakać. Jego ciałem wstrząsnął szloch tak ogromny, że nie był w stanie ustać. Jego łzy zmieszały się z deszczem, który niestrudzenie moczył jego twarz i ubranie. Stojący niedaleko funkcjonariusz coś mówił do niego, tłumaczył, pokazywał. Wskazał nawet drugi samochód, stojący niedaleko. Nie był aż tak zmasakrowany. Kierowca tamtego wozu żył… mimo, że to on był sprawcą wypadku. Tak zrozumiał. Tyle wyłapał przez szum deszczu, grzmoty i swój własny szloch. Wtedy dopadła go bezsilna złość. Bo osoba, która zabrała mu siostrę, szła właśnie do karetki, aby medycy upewnili się, że nic poważnego się nie stało.
Spojrzał w niebo ciskające piorunami. Jakby Bóg się gniewał. Na co, na kogo? Jego siostra nie zrobiła nic złego. Dlaczego więc ten na górze był tak rozgniewany, że zdecydował się ją zabrać…?
Do domu blondyn nie trafił sam. Potrzebował pomocy jednego z policjantów. Był w zbyt wielkim szoku, żeby to zrobić samodzielnie. Dalej nie rozumiał, dlaczego zabrano mu siostrę… pocieszała go jedynie myśl, że odeszła wraz ze swoim chłopakiem… razem będą szczęśliwi, nie ważne, gdzie zostali zesłani.
A on nie wiedział, jak w takim stanie ma dalej pracować. Jego zawód, zawód przewodnika, wymagał błyskotliwości i w miarę dobrego nastroju. Nie mógł być zniechęcony do wycieczki, gdyż wtedy i oni nie będą chcieli go słuchać, zgodnie stwierdzając, że odwala swoją robotę tylko po to, żeby nikt się nie czepiał.
W dodatku trafiła mu się grupa studentów… więc musi się uspokoić. Musi się otrząsnąć… Na szczęście pozostał tydzień. Ma jeszcze tydzień… aby wrócić do swojej rutyny. Rutyny, w której nie pojawi się ta drobna istotka o ognistorudych włosach, wyciągając go na jakieś śniadanie. Nie pojawi się znikąd, życząc mu udanego wyjazdu. Nie opierdoli go, jak na siostrę przystało.
Cichy szloch wypełnił puste, ciemne mieszkanie.
Natura nie miała najmniejszego zamiaru pomóc mu w dotarciu na miejsce. Zimny, ulewny deszcz nieprzerwanie lał się z nieba. Nie chciał przerwy. Zalewał ulice, wpadał mu do oczu. Moczył chodniki, odstraszał. Samochody zwalniały, bojąc się wpadnięcia w poślizg.
Jednak fakt, że całe miasto zalewane było przez ulewny deszcz, nie zmienił za bardzo rutyny mieszkańców. Ludzie dalej wracali z pracy, robili sobie jedzenie, zasiadali przez telewizorem i oglądali film… nie bali się, mimo, że burza też nadciągała. Mimo, że w oddali, czarne chmury przecinane były przez białe błyskawice. Nie bali się tego. Nie chcieli zmienić swojej rutyny.
Ten blondyn też nie zmienił swojej rutyny. Jak co wieczór, sprawdzał właśnie, kiedy ma kolejną wycieczkę. Teraz jego terminarz leżał otwarty na kuchennym stole, lampka dalej się paliła, szum deszczu docierał do mieszkania przez uchylone okno… ale jego tam nie było. On biegł teraz chodnikiem, a ciemność rozrzedzały niebieskie i czerwone światła służb medycznych i policyjnych. Był blisko. Coś ścisnęło mu żołądek. Stres? Strach?
Przystanął dopiero przy zmasakrowanym samochodzie. Praktycznie nie było przodu. Cała maska i wszystko, co było pod nią wyglądało jak złożone w wąską, gładką harmonijkę. Funkcjonariusze służb medycznych kręciły się właśnie przy wraku. Chłopak próbował ustabilizować oddech. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w szaleńczym rytmie. Szeroko otwartymi oczami obserwował to wszystko, co działo się wokół. Oczami, które z każdym momentem stawały się coraz bardziej puste. W końcu, spojrzeniem totalnie pozbawionym wyrazu, dostrzegł nosze. Zakryte białym materiałem. Pasemko ognistorudych włosów wystawało spod płachty. Poznałby je wszędzie…
Padł na kolana. Zaczął płakać. Jego ciałem wstrząsnął szloch tak ogromny, że nie był w stanie ustać. Jego łzy zmieszały się z deszczem, który niestrudzenie moczył jego twarz i ubranie. Stojący niedaleko funkcjonariusz coś mówił do niego, tłumaczył, pokazywał. Wskazał nawet drugi samochód, stojący niedaleko. Nie był aż tak zmasakrowany. Kierowca tamtego wozu żył… mimo, że to on był sprawcą wypadku. Tak zrozumiał. Tyle wyłapał przez szum deszczu, grzmoty i swój własny szloch. Wtedy dopadła go bezsilna złość. Bo osoba, która zabrała mu siostrę, szła właśnie do karetki, aby medycy upewnili się, że nic poważnego się nie stało.
Spojrzał w niebo ciskające piorunami. Jakby Bóg się gniewał. Na co, na kogo? Jego siostra nie zrobiła nic złego. Dlaczego więc ten na górze był tak rozgniewany, że zdecydował się ją zabrać…?
Do domu blondyn nie trafił sam. Potrzebował pomocy jednego z policjantów. Był w zbyt wielkim szoku, żeby to zrobić samodzielnie. Dalej nie rozumiał, dlaczego zabrano mu siostrę… pocieszała go jedynie myśl, że odeszła wraz ze swoim chłopakiem… razem będą szczęśliwi, nie ważne, gdzie zostali zesłani.
A on nie wiedział, jak w takim stanie ma dalej pracować. Jego zawód, zawód przewodnika, wymagał błyskotliwości i w miarę dobrego nastroju. Nie mógł być zniechęcony do wycieczki, gdyż wtedy i oni nie będą chcieli go słuchać, zgodnie stwierdzając, że odwala swoją robotę tylko po to, żeby nikt się nie czepiał.
W dodatku trafiła mu się grupa studentów… więc musi się uspokoić. Musi się otrząsnąć… Na szczęście pozostał tydzień. Ma jeszcze tydzień… aby wrócić do swojej rutyny. Rutyny, w której nie pojawi się ta drobna istotka o ognistorudych włosach, wyciągając go na jakieś śniadanie. Nie pojawi się znikąd, życząc mu udanego wyjazdu. Nie opierdoli go, jak na siostrę przystało.
Cichy szloch wypełnił puste, ciemne mieszkanie.